Zaskakujące wyniki pracy
Być może postrzegali nas jako rosnące zagrożenie i postanowili nas załatwić.
- Tylko tyle wiemy? – zapytałem.
- To wszystko, bhai.
Od ogarniającej mnie wściekłości aż rwało mnie w stawach, a w żołądku czułem pulsowanie. Łaknąłem krwi. Ale powoli, trzeba zachować spokój. Sulej man Isa był duży. Musiałem mieć pewność.
- Zadzwoń do Samanta. Znajdź go, gdziekolwiek jest. Muszę z nim porozmawiać.
Kto na nas polował? Samant prowadził dochodzenie wewnątrz wydziału, sprawdzał plotki, tu podrzucił komuś trochę pieniędzy, tam wręczył butelkę czarnego Johnny Walkera. Wszędzie znał ludzi, policjantów, urzędników i gońców, i w końcu tajemnica wyjdzie na jaw którymś z tych kanałów. Ale trwało to zbyt długo. W mojej firmie był szpieg, gdzieś blisko mnie, jakiś ćutija, który sprzedał tajemnicę o moim transporcie, i z każdą mijającą minutą grożące mi niebezpieczeństwo stawało się coraz większe i bardziej przerażające, jak pochylające się wzgórze. Musiałem unieść górę, bo mogła się wywrócić i mnie zmiażdżyć. Byłem w stanie dźwigać ten ciężar, wiedziałem o tym. Ale najpierw musiałem znaleźć węża we własnym domu, musiałem zmiażdżyć mu głowę. Gdzie on się ukrywał? Jak go wywabić? Siedząc w swoim klimatyzowanym pokoju, układałem twarze dziewczyn we wzory, grupowałem je i wciąż się zastanawiałem. W ostatnim dniu maja wybrałem się do Paritosza Bhai.
- Chcę coś zrobić – wrzasnąłem na niego. – Siedzę tu, jak jakiś ćutija, a banda behenćodów śmieje się ze mnie. Moi właśni ludzie się ze mnie śmieją.
- Nikt się z ciebie nie śmieje – odparł. – Cierpliwości. To duża sprawa, a nic dużego nie załatwia się w jeden dzień.
Już miałem znowu na niego naskoczyć, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Do pokoju zajrzał Bara Badrija i wpuścił nieśmiałego, małego krawca. Paritosz Bhai szykował sobie nowe ubranie w stylu safari. Kiedy krawiec rozciągał na nim swoje centymetry, Paritosz Śah nieprzerwanie prowadził szereg rozmów przez swój telefon bezprzewodowy. Siedziałem i patrzyłem. Ostatnio był bardzo zajęty uruchamianiem linii lotniczej. Mój grubas chciał latać. Prowadził dziesiątki interesów, szczycił się swoimi firmami budowla nymi, restauracjami, nieruchomościami
pod wynajem, fabrykami plastiku, położoną niedaleko Ahmedabadu fabryką garderoby, ale marzył, by unosić się wysoko nad ziemią, i w związku z tym ostatnio zaczął pojawiać się we wszystkich gazetach, wytworny i pięknie wystrojony, z lśniącymi włosami, złotym łańcuchem z medalionem z Kryszną i w złotym roleksie, podkreślającym te jego wszystkie ozdabiające palce pierścienie ze szczęśliwymi kamieniami. Czułem radość, kiedy wyobrażałem go sobie, jak leci wysoko ponad poszarpanym urwiskiem budynków Bombaju, ponad brunatnymi nizinami swojego basti, szybuje nad tym wszystkim jak gładki, okrąglutki balon, rzucając na zębaty kontur miasta dobrotliwy, błękitny cień swojego ubrania w stylu safari, jeszcze bardziej zachwycająco błękitny niż rozjaśnione słońcem niebo. Być może pewnego dnia ten jego cień sięgnie na zachód i na północ, sięgnie aż do Delhi, i jeszcze dalej. On dysponował inteligencją, ambicją i roztropnością. Ale na razie linia lotnicza miała łączyć Bombaj z Ahmedabadem i Barodą. Organizował uroczystości i ceremonie związane z dziewiczym lotem.