Jak łatwo zarobić kasę
Czekać i czekać, i czekać. To oczekiwanie było dla mnie katorgą.
- Posłuchaj – powiedziałem. – Nie chcę czekać. Musimy coś zrobić.
- W takich chwilach potrzebna jest pomoc – odrzekł, zerkając chytrze.
- Odprawmy pudźę.
- Dobra.
- Co, naprawdę? Naprawdę chcesz? – Nic dziwnego, że się tak zdumiał: przez wszystkie lata naszej znajomości nigdy nie odmawiałem modlitwy, nigdy nie prosiłem o boże łaski, a prasad jadłem tylko jako przekąskę. Ale teraz nie interesowało go, co mną kieruje, zależało mu jedynie, żeby szybko wykorzystać tę moją niespodziewaną chwilę słabości. Już chwytał za jeden ze swoich telefonów. – Wysłuchamy Satjanarajan Kathy. Znam pewnego pandita. Zobaczysz, jego wszystkie kathy zawsze dają dobry efekt. Nie martw się. W mgnieniu oka będziemy panami sytuacji. – Uśmiechał się do mnie jak najżyczliwiej. Wyobrażałem sobie tę historię, która mu chodzi po głowie, już teraz słyszałem tę kathę, którą miał zamiar odmówić tak głośno, jakby mówił wprost do mojego ucha przez megafon: „Bhai przybył do domu – właśnie to zamierzał powiedzieć chłopakom – przyszedł do domu Pana, z bożej łaski został przebudzony, w jego sercu nowym ogniem rozpaliło się oddanie”. Prawdę mówiąc, wcale nie czułem się ożywiony, raczej zupełnie bierny. Miałem wrażenie, że powoli tonę i z twarzą zalaną wodą wyciągam rękę, chwytając się tego, co akurat przepływa w pobliżu. Pudźa to była gałązka, więc się jej chwyciłem.
Widziałem ciężką łódź stojącą nieruchomo na rozkołysanej srebrzystej powierzchni bezkresnej wody. Paritosz Śah na swoją pudźę wybrał pandita bhaijję, więc bez wysiłku rozumiałem kathę w hindi. Pandit mówił w sposób bardzo dramatyczny i opowiadał Satjanarajan Kathę niesamowicie sugestywnie, dla różnych postaci używając różnych głosów i w pełni wykorzystując stosowane przez Dilipa-Kumara artystyczne środki wyrazu. Właśnie byliśmy w części, w której handlarz i jego zięć wracają do domu w łodzi wyładowanej złotem, perłami, perfumami i kością słoniową, tymi wszystkimi ogromnymi skarbami przywiezionymi z długiej, powikłanej podróży z dala od domu. I wtedy na brzegu pojawia się Dandi-swami, sam chytry stary Satjanarajan w przebraniu, i zadaje proste pytanie: „Baćća, co masz w łodzi?”. A biznesmen, chciwy krótkowzroczny sukinsyn, nie chcąc dawać jałmużny, mówi: „Och, nic takiego, Swami-dźi, to tylko jakieś lata- Pata”, na co Dandi-swami skinął głową i powiedział: „Tathastu”, a łódź nagle
306
zaczęła podskakiwać na wodzie jak korek, teraz rzeczywiście wypełniona jedynie puszystą trawą i suchym sianem.